Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Mam na imię Martyna i mam 28 lat. W sierpniu 2019r. w wyniku wypadku motocyklowego straciłam bliską mi osobę. To wszystko było jak sen, tysiące modlitw na szpitalnym korytarzu, czułam, że to już koniec. Prosiłam Boga by nam tego nie robił, ale On nie słuchał. Miałam w sobie duży żal, że nie zostały wysłuchane nasze prośby. Dlaczego nam to się przytrafia, dlaczego nasza rodzina musi zmierzyć się z tak traumatyczną stratą. Łukasz był moim szwagrem, ale odkąd go poznałam wiedziałam, że to jest mój człowiek. Często mi dogryzał, ale miałam wrażenie, że rozumieliśmy się jak rodzeństwo. Kochałam go jak brata, nadal kocham…. Jedna chwila odmieniła życie na zawsze. Starałam się być silna, by pomóc pozostałej rodzinie. Lecz rozpadając się od środka było ciężko udawać, że jestem twarda. Płakałam gdzieś po kątach, aby nikt nie widział. Każda Msza Św. w intencji Łukasza kończyła się potokiem wylanych łez, nie potrafiłam spojrzeć na ołtarz. Był czas dużej nienawiści, niezrozumienia, żalu. Z dnia na dzień emocje, które mi towarzyszyły sprawiały, że śniły mi się koszmary, te nieprzespane noce, codzienny widok nieszczęśliwego Łukasza we śnie nie pozwalały normalnie funkcjonować. W mojej głowie pojawiało się milion myśli nie potrafiłam, pogodziś się z jego odejściem. Moje życie przez kilka miesięcy przyciągało do siebie czarne scenariusze.

Czułam się źle, zrobiłam badania wizyta u onkologa biopsja - siedząc na korytarzu czekając na wizytę widziałam, jakie życie jest kruche. Wizja najgorszego, że może to już pora na mnie? To był trudny czas, który nie pozwalał normalnie funkcjonować. Wyniki wyszły dobre. Widziałam, że Łukasz nad tym czuwa, że Bóg nie pozwoli by nasza rodzina dalej cierpiała. Choć nadal nie radziłam sobie z koszmarami we śnie, postanowiłam wziąć udział we Mszy Św. z modlitwa o uzdrowienie. W tamtym czasie moje serce było rozdarte na pół nie wiedziałam czy pomoże. Bardzo się bałam, przeczytałam, że osoby na takich Mszach tracą przytomność, że uwalniają się złe duchy- krzyczą. Bałam się tego, co mnie czeka, ale czułam, że to moja szansa. W końcu nie mam nic do stracenia. Napisałam kartkę z prośbą o pogodzenie się ze śmiercią szwagra. Chciałam wypowiedzieć, ale w tamtej chwili nic nie było już takie proste. Stałam przed Bogiem i prosiłam o łaskę. Dwie panie modliły się nade mną, trzymając mocno za ręce. Z każdą kolejną minuta czułam jak robi mi się gorąco, ucisk w klatce, łzy, które nie przestawały płynąć. Najtrudniejsze było jednak przede mną spojrzeć i powiedzieć, że wybaczam Ci Boże… próbowałam 3 razy… jak mogłam wypowiedzieć słowa, które nie były prawdą jak wybaczyć? Spojrzałam na ołtarz, widziałam oczy Boga, które patrzą w moje, widziałam jego uśmiech przez chwilę był prawdziwy czułam to. Wtedy z łatwością udało i się wybaczyć zaufałam i czułam, że wybaczyłam, choć wydawało mi się, że jest to najtrudniejsze, co do tej pory mnie spotkało. Kapłan, który położył swoje ręce na mojej głowie sprawił, że jeszcze mocniej uwierzyłam…. Dreszcze przeszły całe moje ciało i ten dziwny spokój – uczucie, że od teraz już wszystko będzie dobrze. Na drżących nogach wróciłam do ławki i przez kolejne 3 godziny nie do końca wiedziałam, co się ze mną dzieje. Czułam spokój, jednak łzy po policzkach nie przestawały płynąc. Czułam, że ten żal, który we mnie był ulatniał się z każdą płynącą łzą. Po wyjściu brakowało słów… to jest chwila, którą trzeba przeżyć, którą ciężko opisać. Dziś już po kilku miesiącach wiem, że otrzymałam łaskę Ducha Świętego. Czuje spokój pomimo wielkiej tęsknoty po odejściu Łukasza wiem, że jest tam szczęśliwy. Nie widzę go już w moich snach, pozwoliłam mu odejść, nie trzyma go już mój żal. Wybaczyłam dzięki łasce, którą otrzymałam. Moje życie zmieniło się na lepsze.
Dziękuję Ci Boże.

<<< Powrót do strony - "Msze o uzdrowienie - świadectwa"

STUDNIA JAKUBA